Runmageddon

Nie jestem wielkim pasjonatem biegania. Nie chodzi o to, że nie daję rady - bardziej o to, że najzwyczajniej w świecie się nudzę. Po 5km nawet ze słuchawkami w uszach mam ochotę wrócić do domu, bo czas dłuży mi się niemiłosiernie. Może nie potrafię się tym "delektować", ale tak już po prostu jest. Kiedy jestem w nowym miejscu jestem w stanie wyjść pobiegać z przyjemnością, ale to tylko ze względu na inne otoczenie. Stare przebiegane trasy wokół mojego mieszkania już dawno mi się znudziły.
Chyba właśnie dlatego w głowie zapaliła mi się zielona lampka, kiedy usłyszałam, że w Poznaniu za kilka miesięcy odbędzie się Runmageddon. Kusiło mnie to bardzo, ale szczerze mówiąc byłam przerażona. Może nie samym dystansem, w tamtym okresie biegałam "for fun" jakieś 5/6km, ale przeszkodami. Przeglądając opisy przeszkód szczęka opadała mi do ziemi, a w głowie pojawiał się obraz mojej śmiesznej osoby, strzelającej 30 burpeesów przed większością z nich (30 burpeesów to kara za niepokonanie danej przeszkody). Często próbowałam się przekonać, żeby faktycznie wziąć w tym udział, ale pokonanie całej trasy wydawało mi się nierealne. Stwierdzenia znajomych i rodziny, że chyba oszalałam wcale nie pomagały. :)
Klamka zapadła, kiedy w skrzynce pojawiła się wiadomość od organizatorów poznańskiej edycji Runmageddonu, zachęcająca do startu. "To musi być znak!", pomyślałam. Nie no, wcale tak nie pomyślałam, ale decyzja stała się wtedy dla mnie nagle formalnością. Sęk w tym, że w tego rodzaju biegach najlepiej startować drużynowo. Tylko skąd ja wezmę takich śmiałków? Z łatwością znalazłam tylko jednego. Justyny (owsiana.pl) dwa razy nie musiałam prosić. Czułam, że raczej nie znajdziemy innego odważniaka, ale myśl, że nie pobiegnę w pojedynkę jakoś mi wystarczyła.
Plany dotyczące przygotowań były ambitne - treningi siłowe i bieganie 4x w tygodniu. To pierwsze przyszło dosyć łatwo, niestety z drugim było trochę gorzej. Bieg miał się odbyć w listopadzie, więc faktem było, że będzie wtedy zimno. Temperatura na dworze malała - im bliżej startu, tym Ada mniej biegała. No trudno, życie. Nie było opcji wyciągnąć mnie wtedy z domu częściej niż raz w tygodniu. Jestem strasznym zmarźluchem i najzwyczajniej nie miałam z tego żadnej przyjemności, a ja bardzo nie lubię robić czegoś wbrew sobie. Raz w tygodniu musiało wystarczyć. :)





Edycja, w której miałam wziąć udział to Runmageddon Rekrut - 6km i +30 przeszkód.
7 listopada podniosłam się z łóżka jakoś dziwnie spokojna, a kładłam się spać z przerażeniem w głowie. Pogoda zadziwiająco nam sprzyjała, ponieważ było ponad 10 stopni. Każdy uczestnik zapisywał się wcześniej na godzinę, o której będzie startował. Fale były wypuszczane co pół godziny, my miałyśmy biec o 12:30. Z domu wyszłyśmy dosyć wcześnie, bo Hipodrom Wola, na którym odbywał się Runmageddon znajduje się na obrzeżach Poznania, więc czekała nas dosyć długa droga z wieloma przesiadkami. Jadąc drugim z trzech autobusów, które miały nas dostarczyć na miejsce, zauważyłyśmy chłopaka z wielkim plecakiem w dresach z logiem Runmageddonu, który najwyraźniej nie miał pojęcia kiedy wysiąść i gdzie się przesiąść. Zgarnęłyśmy go razem z nami i dwa przystanki dalej wysiedliśmy. Problem pojawił się, kiedy zorientowaliśmy się, że autobus na który mieliśmy się przesiąść ma podjechać za 5 minut, a przystanek okazał się być prawie 1km od nas. Rozgrzewkę mieliśmy jak w banku, z torbami i plecakami sprintem pognaliśmy przez wielkie skrzyżowanie, unikając śmierci, przebiegając dwukrotnie na czerwonym. Na szczęście jakoś się udało.
Robert miał startować w fali o 12:00, ale z racji tego, że przyjechał do Poznania sam, postarał się o przepisanie się na 12:30, żeby pobiec razem z nami. Niespodziewanie nasza drużyna powiększyła się, a co lepsze - miałyśmy w końcu faceta, który będzie nas podsadzał. :D Na miejscu odebraliśmy pakiety startowe, przyczepiliśmy do butów chipy, które mierzyły nasz czas. Na twarzy musieliśmy mieć napisane numery startowe, ponieważ na trasie czekali na nas fotografowie, którzy później katalogowali zdjęcia według właśnie tych numerów, żeby łatwiej było siebie odszukać.

Na początek grupowa rozgrzewka. Ukochane przez nas burpeesy, pajacyki i inne rarytasy trochę nas rozruszały. No i start. Pierwszy kilometr (około? ciężko nam było stwierdzić ile biegniemy) poszedł dosyć gładko, pewnie przez adrenalinę. Po pewnym czasie przyszedł lekki kryzys psychiczny, bo z naszych obliczeń wynikało, że przeszkody powinny pojawiać się dosyć często, a tutaj wcale tak nie było. Później zorientowaliśmy się, że trzeba było spojrzeć na mapkę, na której wyraźnie było widać, że im dalej, tym przeszkody ustawione gęściej. Na samym początku było ich dosyć mało. Generalnie cała trasa to była praca zespołowa. I to nie tylko w kręgu drużyny - obcy ludzie pomagali sobie i tak na prawdę nie było szans, żeby ktoś nie podołał. Większość nie spieszyła się, biegła po to, żeby dobiec, nie żeby mieć super czas. Było oczywiście kilka osób, które biegły po nagrody i nie obracały się za siebie, ale reszta miała z tego po prostu frajdę. Pomagałeś komuś, zaraz ktoś pomógł Tobie.


Przeszkody były najróżniejsze - przeprawa przez snopki, skakanie przez ognisko, kontener z wodą z lodem, równoważnia. Pojawiły się też przeszkody idealne dla miłośników motoryzacji - przerzucanie opony od traktora, bieg przez opony i bieg z oponami zawieszonymi na ramionach.
Zagięła mnie przeszkoda mentalna - nie miałam pojęcia co oznacza słowo z gwary poznańskiej "plendze". Za karę czekało mnie dodatkowe okrążenie spaceru z pieskiem, czyli prościej mówiąc musiałam przeciągnąć cholernie ciężki kawał betonu na sznurku przez piasek, w którym ten kloc się samoistnie zakopywał.
Ciężkie były też pionowe ściany, na które trzeba było wejść, a później z nich zejść. Od razu mówię, nie było żadnych schodków, czy drabinki. W 99% przypadków ktoś po prostu musiał pomóc Ci się tam wgramolić. Najwyższa miała chyba coś koło 3m. Wejście nie było jakimś tam wielkim kłopotem. Sporo zdrowia psychicznego jednak kosztowało mnie z niej zeskoczyć. Tym bardziej, że siedząc na górze okrakiem i kombinując, chłopak obok mnie w sekundę nagle spadł. Wprawdzie takie ryzyko startu, ale przykro było patrzeć na to wszystko ze świadomością, że tego biegu już nie ukończy, bo z tego co widziałam uszkodził sobie nogę,
Prawdziwe przerażenie budziła we mnie przeszkoda rażąca prądem. Tak, prądem. Miała postać takiego sufitu (?) z którego zwisało milion sznurków, które właśnie mogły Cię pokopać. Trzeba było po prostu przez to przebiec. Miałam w planach zrobić to szybko, mega sprintem, ale w momencie kiedy poczułam pierwsze kopnięcie jakoś tak dziwnie zwolniłam.
Szokiem termicznym była też przeprawa przez Rusałkę (jezioro). Trasa w pewnym momencie wprowadziła nas do wody, przez którą dreptaliśmy ładne kilka minut. Trzeba było iść dosyć ostrożnie, bo podłoże było nierówne. Raz woda sięgała ledwo do łydek, a z następnym krokiem wpadało się po pas. Stopy tak nam się odmroziły, że po wyjściu z wody przez chwilę musieliśmy je rozruszać, żeby w ogóle biec dalej.
Przyznaję się bez bicia - poległam na jednej przeszkodzie, którą było wspinanie się na linę. Byliśmy cali mokrzy, ubłoceni i nie byłam w stanie wdrapać się na samą górę. A może po prostu byłam za słaba. Nieważne. Mam już wyzwanie na następny start, wtedy już nie dam ciała. Strzeliłam karne burpeesy i pobiegłam dalej. :)
Na końcu czekała na nas żywa przeszkoda - chmara futbolistów, którzy zagradzali nam drogę. Jednym palcem podnosili mnie, zarzucali przez ramię i cofali do punktu wyjścia. Jedyną opcją było ich po prostu wykiwać, bo na pokonanie siłą nie miałam szans. :D
Na mecie dostaliśmy po medalu, bandanie i kubku grzanego wina. Ale i tak największą nagrodą była satysfakcja, że się podołało.



Podsumowując... każdy powinien chociaż raz w życiu przeżyć coś takiego. Mega zaskakujące było to, że ludzie, którzy widzą się pierwszy raz w życiu i w większości przypadków nie znają nawet swoich imion potrafią tak bezinteresownie sobie pomagać i zachowywać się na trasie jak jedna wielka rodzina. Niesamowite wspomnienia i okazja do pokonania własnych słabości.
Ciekawostką jest to, że po zdobyciu medali z wszystkich trzech dystansów (6/12/21) medale składają się w taką super gwiazdę. Ja w maju biegnę na 12km, żeby zdobyć drugi do kolekcji. Kto wie, może Ty zdecydujesz się chociaż na 6km? :)







4 komentarze:

  1. Świetna relacja, też tam byłem, no i to nie byli przebrani faceci tylko to byli prawdziwi futboliści :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poprawione, dzięki! Nie miałam pojęcia, myślałam, że to przebranie dla lepszego efektu :D

      Usuń
  2. Do zobaczenia w maju na trasie! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Zastanawialiście się, jak to się dzieje, że zachowujemy pionową postawę ciała, że utrzymujemy równowagę, nie przewracamy się przy każdym kroku? Nie, nie myślimy o tym, bo i po co. Czy warto zaprzątać sobie głowę taką wiedzą? Być może warto. Zapraszam do mnie na profil, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń